SPF nie kończy się z wakacjami — po co skórze filtr jesienią

Koniec sierpnia i krem z filtrem ląduje w szufladzie obok kremu do opalania. Znam ten odruch, sama półka w drogerii robi się wtedy mniejsza. Tyle że promieniowanie UVA nie sprawdza kalendarza. O ile UVB, odpowiedzialne za oparzenia, faktycznie słabnie jesienią, o tyle UVA przechodzi przez chmury i szyby przez cały rok w niemal niezmienionej dawce. A to właśnie ono odpowiada za fotostarzenie, przebarwienia i utrwalanie się posłonecznych plam.

Co się dzieje ze skórą, gdy filtr znika we wrześniu

Dermatolodzy od lat powtarzają jedno: przebarwienia, które powstały latem, jesienią najłatwiej utrwalić. Skóra po wakacjach jest podrażniona, często przesuszona, a melanocyty wciąż pobudzone. Wystarczy kilka słonecznych spacerów bez ochrony i piegowate pamiątki z plaży zostają na twarzy do wiosny. Do tego dochodzi drugi wątek — wrzesień i październik to klasyczny moment startu kuracji z retinolem i kwasami. Każda z tych substancji uwrażliwia skórę na słońce, więc stosowanie ich bez codziennego SPF to proszenie się o kłopoty.

Jaki filtr na jesień — lżejszy, ale nie słabszy

Dobra wiadomość jest taka, że jesienią nie trzeba nosić na twarzy ciężkiej, wodoodpornej plażowej zbroi. Wystarczy codzienny krem z filtrem SPF 30 lub SPF 50 w lekkiej formule. Na co patrzeć przy półce?

  • Oznaczenie UVA w kółku — to znak, że produkt chroni też przed promieniowaniem odpowiedzialnym za starzenie, nie tylko przed oparzeniem.
  • Tekstura pod makijaż — fluidy i kremy z dopiskiem „city", „daily" albo „invisible" nie bielą i nie rolują się pod podkładem.
  • Pojemność i cena za mililitr — filtry przeceniane są mocno po sezonie, więc wrzesień to paradoksalnie dobry moment na zapas.

W drogeriach bez trudu znajdziemy sensowne kremy z wysoką ochroną w przedziale 20–40 zł, a marki własne sieci drogeryjnych potrafią zejść jeszcze niżej. Nie ma obowiązku dopłacać do zagranicznych nowości z internetu, jeśli skład i ochrona są porównywalne.

Jak to ogarnąć w praktyce, żeby nie bolało

Najprostszy patent to zamiana zwykłego kremu na dzień na wersję z filtrem — jeden krok pielęgnacji zamiast dwóch. Kto woli oddzielnie, nakłada swój ulubiony krem, a po kilku minutach cienką warstwę SPF. Ilość ma znaczenie: na twarz i szyję potrzeba mniej więcej tyle produktu, ile mieści się na dwóch palcach. W pochmurne, krótkie dni nie trzeba już poprawek co dwie godziny jak na plaży — przy pracy w budynku poranna aplikacja zwykle wystarcza.

Osobna sprawa to dłonie i dekolt. O nich zapomina prawie każdy, a to właśnie tam skóra najszybciej zdradza wiek. Resztka kremu z twarzy rozsmarowana na wierzchu dłoni kosztuje dokładnie zero złotych i zero sekund.

Kiedy faktycznie można odpuścić

Są sytuacje, w których jesienny SPF to przesada — wieczorny seans z serialem czy dzień spędzony w całości w domu z dala od okna nie wymagają ochrony. Jeśli jednak w planach jest spacer, dojazd samochodem przy szybie albo praca przy oknie, filtr robi swoją cichą robotę. Skóra nie wystawi rachunku od razu, ale za kilka lat różnica między twarzą chronioną cały rok a tą „sezonową" będzie widoczna gołym okiem. I to jest chyba najlepszy argument, żeby krem z filtrem z szuflady jednak wyjąć.